Odbrązowić „bohaterów” - ukarać zdrajców

Jan Sporek marzec 17, 2007

Czy społeczeństwo żyjące w czasach komunizmu dało się nabrać na ideologiczne plewy oskarżające Pułkownika Kuklińskiego o zdradę?  Czy zaakceptowało wyrok śmierci wydany na niego przez komunistycznych przestępców; sekretarzy, prokuratorów, sędziów?  Czy uwierzyło, że zdrajcą był Romuald Spasowski? Nie. Jestem pewien, że nie. Obaj ci „zdrajcy” zostali zrehabilitowni - głównie przez historię .- Płk. Kukliński, otrzymał status bohatera. Chwała historii, chwała tym, którzy postawili kropkę nad „i”. Czyż nie powinno jednak być tak, aby proces ten miał również swoje zastosowanie w odwrotną stronę?Oto zwalczono komunizm. Rzadko wspomina się o niebywałej i kluczowej w tym dziele roli polskiego Papieża, jeszcze rzadziej o podobnego wymiaru roli prezydenta USA Ronalda Reagana. Wałęsa - pomnik; żyjący, chodzący, kpiący, drwiący, szydzący i obrażający tych, którzy biorą się do dekomunizacyjnej roboty. Z filmów i wspomnień, oraz aktualnego zachowania byłego przywódcy robotników, potem prezydenta kraju,  jawi się  obraz zupełnie innego „bohatera”. Poza wszystkim, dziś jego wypowiedzi drażnią nawet przedszkolaków. Mazowiecki - na wpół cierpiący, (wieczny grymas cierpienia na jego twarzy), pierwszy nie-komunistyczny premier wolnej od komunizmu Polski. Fakt niezbity pokazuje, że „odpuścił” komunistom, - postawił „grubą kreskę”, która stała się szlabanem dla procesu dekomunizacji.     Niektórym „bohaterskim działaczom na rzecz czegoś tam” natura sama płata figle i rozprawia się z ich działalnością w sposób jednoznaczny. Weźmy takiego Ala Gora, byłego v-ce prezydenta USA, za czasów Billa Clintona. Akademia Filmowa przyznaje Oskara filmowi, który propaguje apokaliptyczną wizję rozgrzanego do czerwoności świata: „global warming” - to w/g Gora największe zagrożenie dla ludzkości. Nie wojny, nie głód i ubóstwo, nie wyścig zbrojeń; - ocieplenie. I on i członkowie Akademii głusi są na odwrotne wręcz teorie naukowców, które mówią, że za 50 lat będzie tak zimno, że możemy sobie nie dać z tym rady. Oskar dla Gora. Dwa tygodnie po tym śmiesznym fakcie wręczenia byłemu prezydentowi filmowej statuetki, niespodziewany atak zimy (a więc ochłodzenia) sparaliżował trzy czwarte tego potężnego kraju. Brakowało piasku, soli, a pługi nie nadążały. Stało się to na pięć dni przed rozkładowym - według kalendarza, nadejściem wiosny. Nikt nie żąda, by Gore oddał Oskara, ale cośmy sie pośmiali, to nasze. Natura konsekwentnie wykpi apokaliptyczne teorie v-ce prezydenta i wszystko wróci do normalności. Nikt specjalnie na tym nie ucierpiał, więc i nikt specjalnie nie ucierpi w konsekwencji działań natury. Inaczej jest jednak z naszymi „bohaterami”. W konsekwencji działań dwóch, wyżej wymienionych panów, oraz tych, którzy do nich dołączyli pamiętnej, czerwcowej nocy, 1992 roku, tysiące polskich, uczciwych przeciwników komuny cierpiało niedostatek, poniżenie, pogardę; tysiące zmuszone zostały do opuszczenia kraju,- jakoś nikt wtedy nie rozdzierał szat. Natomiast jeszcze większe tysiące ubeków, kapusiów i skurwysynów cieszyło się dostatkiem, „zasłużonymi”, dożywotnimi apanażami i oczywiście szacunkiem władzy. Antykomuniści podali sobie ręce z komuchami - choć jeden z nich, ten najważniejszy zaklinał się, że nawet nogi nie poda. Zaklinał się, póki żył Papież. Ale właśnie w dzień pogrzebu Ojca Świętego zachciało mu się dorównać Papieżowi i jak niegdyś ten wielki człowiek wyciągnął rękę do swojego niedoszłego zabójcy, tak Wałęsa na oczach kamer wyciągnął prawicę do Kwaśniewskiego. O ironio…na Placu Św. Piotra, nad trumną Jana Pawła II. Niestety porównuję tu zrobaczałą śliwkę do cudnie dojrzałej pomarańczy. Wszystkim tym „bohaterom” wiedzie się nad wyraz dobrze. Jeśli nie  dostali od obcych tyle, żeby mieć do końca życia, to ustawili się w „Europie” i na partyjnych funkcyjkach. A komuna powoli próbuje odrostu łbów swojej hydry i kąsi nadal. Dziwi mnie kompletne lekceważenie wagi tamtej, czerwcowej nocy, 1992 roku, kiedy podczas narady prowadzonej absolutnie konspiracyjnie pod wodzą Lecha Wałęsy dokonano zamachu na rząd Jana Olszewskiego. Kogo tam widzimy? A no, oprócz Lecha jest oczywiście Mazowiecki, jest Tusk, jest Niesiołowski i jest Pawlak, że wymienię tylko ich, bo oni dziwnym zbiegiem okoliczności nadal są na Parnasie polskiej polityki, choć podrygują resztkami, to jednak są. Ten ostatni zostaje, z nominacji Wałęsy następcą Jana Olszewskiego. Sejm w kilka godzin później, mimo protestów wielu rozsądnych posłów przyjmuje dyrektywy wszechwiedzącego Lecha i akceptuje likwidację rządu, który co dopiero ogłosił program i propozycje ustawy dekomunizacyjnej. Wałęsa, jak car, obserwuje sejmową burzę z zaszczytnego, honorowego fotela dla prezydenta kraju. Nie był już wtedy, niestety, prezydentem Polaków, którzy wierzyli w niego, gdy na niego głosowali. Był prezydentem komunistów, kapusiów, agentów i tajnych współpracowników. Dlaczego tak się stało? Dlaczego młody Pawlak ślepo poszedł za wskazówkami Wałęsy? Dlaczego zrobili to Tusk, Niesiołowski, Mazowiecki? Wszyscy ponoć wywodzący się z Solidarności? Dlaczego nie było tam…Kaczyńskich? Odpowiedzi jest kilka: albo naradzaający się nocą mieli tak samo brudne rece, jak ci, w obronie których zaprotestowali wtedy i protestują teraz przeciwko dekomunizacji, albo mieli (więc i mają nadal) kurze mózgi, zatem nie mieli szans pojąć powagi sytuacji, albo wreszcie czuli, że takie rozwiązanie da im nieustającą szansę na trzymanie się żłobu.Jakakolwiek by ta odpowiedź była, prawda jest niezwykle przejrzysta: to oni ponoszą winę za kolejne czternaście lat marazmu. To oni ponoszą winę za to, co dzieje się teraz w Polsce. To oni ponoszą winę za ciężkie chwile w rządach Kaczyńskich i to oni powinni ponieść odpowiedzialność przed Trybunałem Stanu. Odpowiedzialność za zamach stanu i dopowiedzialność za zmarnowane lata. Bez ich nocnej akcji nie byłoby dziś ani Wielgusów, ani Życińskich, ani, przede wszystkim dwóch kadencji Kwaśniewskiego i tym samym wzmocnienia komuny. Nie byłoby upokorzenia narodu, nie byłoby rozkradania państwa przez dogorywające struktury salonowego establishmentu. Może byłyby szpitale i porządna opieka nad chorymi; może te dwa miliony młodych, które opuściły kraj, nie zrobiłyby tego, może byłoby trzy miliony mieszkań ..? Tego nie wie nikt, ale jest to bardzo prawdopodobna alternatywa.Wbrew pozorom nocna akcja w zaciszach sejmowych gabinetów nosi znamiona przestępstwa  politycznego, dokonanego w białych rękawiczkach pod wodzą ówczesnego prezydenta. W czasach Solidarnościowego zrywu nie słyszałem nazwisk Tusk, Pawlak, - wypłynęli tamtej, pamiętnej nocy i udają patriotycznych obłąkańców, którym zależy wyłącznie na dobru kraju. Kraj powinien wreszcie nazwać te wydarzenia po imieniu, powinien wreszcie upomnieć się o stracone szanse, rozkradzione majątki, napełnione konta bankowe w obcych krajach. Upomnieć się o odkrycie zafałszowanej prawdy. „Nocna zmiana” powinna stanąć przed Trybunałem Stanu i odpowiedzieć na wszystkie pytania związane z zatrzymaniem procesu dekomunizacji. Choćby dlatego, żeby wytłumaczyć skołowanemu narodowi, że nasi „bohaterowie” - nie używając dosadnych określeń - po prostu bohaterami nie byli.

Trackback URI | Comments RSS

Zostaw Komentarz