Nasz Kolega Klaus

Jan Sporek styczeń 22, 2007

Kiedykolwiek, gdy chcę napisać do Nowego Dziennika o polskich artystach, których mam zamiar tu sprowadzić, lub zamieścić tekst dotyczący polityki, słyszę stale powtarzany wymóg: ma być krótko, niech pan się streszcza, nie mamy miejsca, itp. Nigdy jeszcze mój tekst nie został zamieszczony w całości, w jego oryginalnej, „mojej wersji”; każdy został serdecznie pocięty i skrócony. I też nigdy nie robiłem z tego najmniejszego problemu. Ot, wymogi prasy,- zgadzałem się w duchu.

Nigdy, aż do środy, 17 stycznia, 2007 roku.

Zawrzało we mnie i sprowadziło powyższe refleksje po przeczytaniu i urealnieniu sobie, jak kolosalnie większy był ów artykuł od wszystkich moich, razem wziętych. Uświadomieniu sobie, że zamieściła go polska gazeta, że autorem, pełnego ironii i półprawd artykułu o Polsce, jest niemiecki dziennikarz, że cytując tego typu materiały, największy, polonijny dziennik na świecie, kpi sobie z Polski podobnie, jak ów niemiecki korespondent; niweluje osiągnięcia polskiego rządu w tej samej mierze, co ów niemiecki gryzipiór, kpi wreszcie z tych wszystkich spośród nas, którzy są po stronie obecnie rządzących.

Artykuł w dziale O Polsce ma fatalny tytuł: „Z Polską świat się liczy, z polskim rządem coraz mniej” i już to powinno wystarczyć, aby domyśleć się, że niemiecki dziennikarz szydzi z polskiego rządu. Dlaczego mu w tym pomagać, drukując te bzdety? Czy w dziale „O Polsce” muszą pisać niemieccy dziennikarze?

Czyżby odpowiedzialni za treści Nowego Dziennika nie czuli się Polakami?

To, co  mnie najbardziej oburzało w zachowaniu niektórych polskich i polonijnych mediów, kiedy wybuchła „afera” ze złym samopoczuciem prezydenta Kaczyńskiego i jego, w związku z tym absencją na Szczycie Weimarskim to to, że, jak małpy powtarzały za niemieckimi gazetami kpiące teksty, kpiące rysunki i jak małpy dołączyły do bełkotu zachodnich „ekspertów” politycznych kpiących z naszego prezydenta i rządu. Nie dziwiłem się niedojrzałym i pełnym nienawiści politykom z opozycyjnego SLD, szczególnie Napieralskiemu i Olejniczakowi, ale te ich kabaretowe, pełne patosu słowa nie robią już na mnie żadnego wrażenia. Dziwiłem się gazetom, bo było to kopanie własnego prezydenta, a tym samym obniżanie jego prestiżu, niwelowanie jego protestu przeciwko kpinom gazet niemieckich. Byle dziennikarzyna, byle działacz, z byle jakiej partii czuje się okropnie poniżony i obrażony najmniejszym pomówieniem, kpiną, czy…prawdą o sobie. Prezydent Polski szydzony był przez własne, ojczyźniane media, gdy spróbował zaprotestować przeciwko jakiemuś tam „Zeitungowi” za obrazę.

Mówiąc dobitnie, część polskich i polonijnych gazet oddała kał we własne gniazdo bez żenady. Trudno mi zastosować inne określenie. Zachowania tych środków medialnych nie da się inaczej określić.

Teraz Nowy Dziennik oddaje całą stronę niemieckiemu dziennikarzowi po to, by ten pozwalał sobie oceniać wewnętrzną politykę Braci Kaczyńskich, jako „przypadkową”, zaś politykę zagraniczną, jako kompromitującą. I na tę kompromitującą daje tylko jeden przykład: właśnie nieobecność Prezydenta Polski na Szczycie Weimarskim. Ani słowa o wizycie we Francji, ani słowa o wizycie w USA, najmniejszej wzmianki o trzymaniu Putina i Europy za twarz, w imię interesów Polski, polskiego producenta mięsa, polskiego rolnika. Nic. Wnioski po przeczytaniu tego artykułu mam tylko dwa, a właściwie trzy: Albo -

-Nikt nie przeczytał artykułu Klausa Bachmana przed wpuszczeniem go do druku (ale ktoś przecież musiał go przetłumaczyć…?), albo…

-Treść artykułu była dobrze znana, ale zdecydowano go zamieścić, bo Nowy Dziennik, jego władze i pracownicy zgadzają się z teoriami niemieckiego kolegi po piórze, albo…

-Nie ma pośród dziennikarzy tej gazety nikogo, kto mógłby się podjąć napisania rzetelnego tekstu na temat minionego roku w polityce polskiej. W tej sytuacji, jasnym jest i w pełni wytłumaczalnym, że trzeba się podeprzeć talentem dziennikarskim niejakiego Klausa Bachmana.

Nowy Dziennik chyba musiał zapłacić za ten artykuł. Zważywszy, że artykuł jest na bardzo niskim poziomie (wzmianki o posłach poklepujących tłumaczki po tyłkach są mocną stroną wyłącznie bulwarowych piśmideł. Dzienikarz mielący w jednym młynie politykę z poklepywaniem „po tyłku”, to dla mnie raczej szmirowaty pismak). A więc zważywszy naprawdę żenująco niski poziom tego artykułu nasuwają się dwa kolejne wnioski:

-Nie ma talentów w Nowym Dzienniku.

-W dziwny sposób Nowy Dziennik wydaje pieniądze swoich Czytelników.

No, to na zdrowie. Jeszcze Polska…..

1 Komentarz do “Nasz Kolega Klaus”

  1. staszek- 15 kwietnia 2007 o 12:52 po południu

    Witam!
    Nie denerwuj się. Ta fatalna, kompromitująca polskie przekaziory “moda” na totalna krytykę obecnego rządu i prezydenta, uzasadnia używanie wobec nich określenia “łże elita”. A le nie tylko mu tak myślimy.
    Przeczytaj to - Pozdrawiam.

    06 lutego 2007

    Dlaczego źle mówicie o waszym kraju?
    Argumentów Ziemkiewicza słuchać nie wypada? No to może Francuz przemówi naszym mądralom do rozumu.
    POLECAM :

    “Liderzy polskiej socjaldemokracji, odsunięci od władzy podczas ostatnich wyborów prezydenckich, parlamentarnych i lokalnych, nie zachowują się jak opozycyjni demokraci, lecz jak arystokracja na wygnaniu” - pisze w”Fakcie” Guy Sorman, publicysta polityczny.

    Tak jak francuska szlachta przegnana przez rewolucję francuską w 1789 roku, która uciekła z Francji w nadziei na odzyskanie władzy przy wsparciu niemieckich książąt i angielskiego złota, tak i polska lewica prowadzi swą ofensywę przeciw aktualnym władzom nie z kraju, lecz z zagranicy.

    We Francji mieliśmy podobną sytuację za Drugiego Cesarstwa, za Napoleona III, kiedy republikański głos Victora Hugo grzmiał z angielskiej wyspy Jersey.

    W polskiej historii również nie brakuje epizodów odzyskiwania kraju z zagranicy. Jednak pomiędzy tymi sytuacjami zapisanymi w historii obu naszych narodów a sytuacją obecną istnieje pewna zasadnicza różnica: dzisiejsza Polska jest krajem demokratycznym, władza została tu objęta zgodnie z prawem, a w kraju istnieją sposoby pozwalające przeciwstawić się temu rządowi.

    Anatemy, jakie w niemieckiej, włoskiej czy amerykańskiej prasie wygłaszają Tadeusz Mazowiecki, Wiktor Osiatyński, Zygmunt Bauman, Paweł Śpiewak, Lech Wałęsa, a nawet Bronisław Geremek, nie są więc tej samej natury co wezwania do odzyskania niepodległości czy wolności, kiedy Polska była okupowana przez obce wojska czy armię radziecką.

    A jednak po lekturze wymienionych przeze mnie autorów mam poczucie, jakby Polska znajdowała się pod okupacją. O jaką więc okupację chodzi? Bo - patrząc z Francji - zupełnie jej dotąd nie dostrzegłem.

    Kiedy czytam Mazowieckiego we włoskim dzienniku “Avvenire”, okazuje się, że Polska znajduje się pod okupacją dziennikarzy, badaczy i polityków żądnych zemsty na lewicy; dla realizacji swych podłych zamiarów nadużywają oni archiwów Instytutu Pamięci Narodowej.

    Jeśli pójść za tokiem rozumowania Mazowieckiego, to okaże się, że Polskę ogarnęła fala politycznego terroru, która przypomina rewolucję francuską z 1793 roku.

    Jednak jego argumentacja jest dziwna, ponieważ opiera się na przypadku Jego Eminencji Wielgusa. Czyżby więc Mazowiecki popierał arcybiskupa, skumanego z komunistycznymi służbami? Ale to przecież papież, a nie polski rząd ukarał arcybiskupa.

    W rzeczywistości za sympatią Mazowieckiego dla Wielgusa skrywa się większa obawa: obawa przed szerzej zakrojoną czystką w polskim Kościele - a któż to wie, gdzie zatrzymałaby się taka czystka? Ale czy właśnie nie dla ratowania tego Kościoła - i reszty - należałoby go oczyścić z najbardziej podejrzanych elementów?

    To, co u Mazowieckiego niejasne, wyjaśnia się podczas lektury “wygnańczych” deklaracji Wiktora Osiatyńskiego. W “The New Yorker” mówi on, że otwarcie archiwów ilustracja są niezgodne z międzynarodowymi standardami; a jedynym celem takiego działania jest usunięcie całej generacji polskiej elity.

    To znów zaskakująca deklaracja. Przedstawia ona polski rząd jako nielegalną organizację, według słów Osiatyńskiego niemal faszystowską.Osiatyński sugeruje, że polska legislacja jest niezgodna z prawami człowieka. W czym znajomość przeszłości miałaby naruszać prawa człowieka?

    W końcu zaś - i tu dochodzimy do najważniejszej kwestii - Osiatyński obawia się odsunięcia całej generacji, tej samej, która poprzez negocjacje z dawnymi komunistami przeszła z opozycji do władzy. Ta generacja rzeczywiście utraciła władzę i być może nigdy do niej nie powróci.

    Ludzie ci uważają odsunięcie od władzy za tym bardziej niesprawiedliwe, iż w swoim mniemaniu (uzasadnionym lub nie) wyrwali Polskę z komunizmu, i to bez użycia przemocy.

    Być może w przyszłości trybunał historii wyrazi im za to wdzięczność; jednak w chwili obecnej polscy wyborcy nie rozumują w ten sposób. Być może mają krótką pamięć - albo w ogóle jej nie mają; być może też marzą o Polsce z mniej skompromitowaną przeszłością.

    Na tym właśnie polega demokracja, taka bywa niewdzięczna: w 1945 roku wyborcy przegnali Winstona Churchilla w Wielkiej Brytanii i Charles’a de Gaulle’a we Francji, choć obaj właśnie wygrali wojnę.

    Czy Zygmunt Bauman nie powinien pomyśleć nad tymi historycznymi precedensami? Tymczasem we włoskim dzienniku “Corriere della Sera” oskarża “klasę znajdującą się obecnie u władzy” o “niszczenie autorytetu Kościoła”.

    Podstępne słowa, bo Bauman używa terminu “klasa” wyłącznie po to, by odebrać rządowi demokratyczną legitymację i zasugerować, że polskie życie polityczne to w rzeczywistości walka klasowa. Natomiast obrona byłego biskupa Warszawy zakrawa na paradoks; jest elementem niemal humorystycznym.

    Paweł Śpiewak jest bardziej prowokujący i mniej realistyczny, bo obarcza braci Kaczyńskich odpowiedzialnością za exodus polskich studentów. Według Śpiewaka nie chcą oni “dłużej pracować w Polsce, bo wstydzą się za własny kraj”.

    Z tego, co wiem, młodzi Polacy szukają szczęścia gdzie indziej, co jest zachowaniem ekonomicznie racjonalnym i w niczym nie jest związane z “destrukcją norm moralnych”, o którą w wywiadzie dla “Die Welt” Śpiewak oskarża polskiego prezydenta.

    Czyżby jego poprzednik był bardziej “moralny”, a exodus za jego czasów był mniejszy? Postawmy sobie również pytanie, czy moralne jest, by polski poseł oczerniał swój kraj w Niemczech i sugerował Europejczykom, że Polska stała się krajem niemal faszystowskim.

    Bronisław Geremek jest wielkim humanistą i przyczynił się do wyzwolenia Polski, więc cytujemy go w tej antologii z pewnym wahaniem.

    Jednak jaka logika popycha go, by w “BerlinerZeitung” oświadczyć, iż w sporach niemiecko-polskich obecny rząd zachowuje się nie lepiej niż “komunistyczna Polska i jej aparat propagandy”? Czyżby Geremek podzielał nostalgie i gorycz swojej odsuniętej od władzy generacji?

    Rozumiem jednak gorycz Geremka i pozostałych. Nie tylko utracili Polskę. Zakwestionowano również ich szlachectwo: ich, tej socjaldemokratycznej arystokracji, która uważa, że wyzwoliła Polskę!

    Co gorsza, tę socjaldemokratyczną arystokrację zastąpił konserwatywny plebs - inna Polska, o której na lewicy sądzono, miano nadzieję, że już przestała istnieć. Sprawia to, że socjaldemokraci wolą wypowiadać się za granicą, bo w Polsce czują się na wygnaniu; rzeczywista Polska nagle przestała przypominać Polskę ich marzeń.

    Czyżby nie przyswoili sobie, jaka jest natura demokracji? A przecież sami tak mocno o nią walczyli. Zaletą demokracji jest fakt, że daje prawo do przeciwstawiania się, nie zmuszając przy tym do wygnania; daje prawo do pozostawania w opozycji przy zerowym ryzyku.

    Spoglądając na Polskę z zewnątrz, jestem przekonany, że przestrzega ona obu tych fundamentalnych zasad: oświadczenia wygłaszane przez socjaldemokratów na wygnaniu to tylko dziwne postawy; to wygnanie zmyślone zamiast rzeczywistego, pseudo opozycja przeciw pseudofaszyzmowi - a u niektórych nostalgia za heroicznymi czasami i czasem, który już przeminął.

    Postawy takie szkodzą oczywiście obrazowi Polski w Europie; ale to już inna sprawa.

    Guy Sorman, francuski filozof i publicysta polityczny.

Trackback URI | Comments RSS

Zostaw Komentarz